Stajemy na ulicach Jerozolimy na początku Wielkiego Tygodnia, w dniach poprzedzających Paschę.

Tłum ludzi tam zgromadzony nie jest przypadkowy – to tłum pielgrzymów. A zarazem tłum, który mniej lub bardziej świadomie spotyka się z Tym, który jest Drogą, Prawdą i Życiem.

Człowiek, ludzie, którzy są pielgrzymami na ziemi (homo viator) spotykają się z Tym, który jest Drogą prawdziwą do Życia.

Pielgrzymka przypomina podstawową prawdę ludzkiego życia – człowiek aż po swoją śmierć jest in statu viatoris – w stanie bycia-w-drodze – jest byciem „jeszcze nie”.

Owo bycie „jeszcze nie” zawiera w sobie coś negatywnego i pozytywnego:

Jest w nim  bliskość stworzenia i nicości – wszystko zostało stworzone z nicości. Nawet w chwilach poczucia największej dumy, samozadowolenia wystarczy świadomość tego, że każdy grzech jest zwróceniem się ku nicości:

„Intelektualnie uzdolnione stworzenie nie może zostać zwolnione z możliwości popełnienia grzechu; bo właśnie przez to, że pochodzi ono z nicości, jego władza może się zwrócić ku niebytowi” (por. św. Tomasz)

W tłumie na ulicach Jerozolimy nie ma jeszcze tego doświadczenia nicości – jest radość, entuzjazm, euforia. Wydaje się, że wszystko jest spełnieniem. Ale wkrótce to osunięcie się w nicość nastąpi, jak nigdy przedtem i nigdy potem w dziejach.

Przyjdą te najbliższe godziny. Przyjdzie tych kilka dni, by ci, którzy będą mieli odwagę zastanowić się nad treścią Czwartku i Piątku – muszą odkryć owo zrzucenie w nicość!

W Wieczerniku Bryla wspomina dni tamtego tygodnia m.in. Jan

JAN:

Jam jest Jan. Ten najmłodszy. Najbardziej kochany

uczeń. Ja Ciebie jak Piotr się zaparłem,

bo ja stałem przy Piotrze, gdy Piotr był pytany,

ścisnąłem zęby i ust nie otwarłem

Czułem pod gardłem jak kosmate zwierzę

strach. Nie umiałem nawet przełknąć śliny

i wspominałem naszą ostatnią wieczerzę,

uśmiech Judasza…

Panie, byłem z nimi

przeciwko Tobie. I dziś jestem z nimi

jako my wszyscy, co się tu boimy,

że przyjdą nocą i będą nas badać

tak jak badali Piotra…

 

Ale przecież stając na ulicach Jerozolimy, stając w wiwatującym tłumie, nie myśleli o zdradzie, słabości, osuwaniu się w nicość

Myśleli o dumie,  o radości, o tym, że są razem, są po właściwej stronie, że realizują swoje pragnienia.

Bo przecież, oni, konsumenci cudów Jezusa mieli też w sobie zwyczajne ludzkie pragnienia –

jakby aż zaskakujące – że tak małe, prozaiczne. Czy warto je przypominać?

Nie lekceważmy tego!

Nie lekceważmy ludzkich pragnień.

Serce człowieka przepełnione pragnieniami

Zna je tylko Bóg.

My poznajemy je częściowo – opierając swoją wiedzę na skłonnościach – wyróżnionych przez św. Tomasza. A wszystko wtedy układa się w logiczną, prostą całość. „Małe” pragnienia rodzą pragnienia głębokie.

 

To, że stali na ulicach, że znaleźli się w jednym miejscu i w jednym czasie, że z rozproszonych pielgrzymów utworzyli tłum – to znak jednego z podstawowych ludzkich pragnień – pragnienia życia w społeczności.

 

Tak naturalne jest przecież szukanie towarzystwa innych ludzi i wzajemności wymiany nie tylko dla własnych korzyści, ale w trosce o sprawiedliwość, z potrzeby przyjaźni i przywiązania.

Według Arystotelesa nie można być szczęśliwym bez przyjaciela, choćby się posiadało wszelkie dobra.

Człowiek jest „zwierzęciem społecznym” i niedobrze jest mu być samemu (por. Rdz) – wynika to z  naturalnego zmysłu odnoszenia się do drugiego, co konstytuuje nasze istnienie duchowe (por. „złota zasada” i nakaz miłości bliźniego)

Jest to najważniejsza norma cywilizacji, bez której człowiek staje się „zwierzęciem dzikim”.

 

Czy jednak w tym wszystkim, co rozgrywa się na ulicach Jerozolimy tylko o bycie razem?

Czy nie chodzi jeszcze o coś więcej – o bardzo zwyczajne, wcale nie patetyczne –

dążenie do dobra?

Są tam, bo przybyli świętować Paschę, oddać hołd Bogu, przybyli, by okazać raz jeszcze wdzięczność Temu, który potężną swą mocą wywiódł ich z domu niewoli.

Pragnienie dobra – jest to pragnienie najważniejsze, które łączy i wiąże wszystkie pozostałe.

Dobrem jest to, co wywołuje miłość, wzbudza pragnienie szczęścia i zarazem je zapewnia.

„Dobro” to nie tylko powinność moralna i nakazy; dobro jest tym, co „dobre”, dobre samo w sobie przez swoją doskonałość i dobre przez radość, jaką w nim otrzymujemy.

Takie dobro określa naszą wolę jako naszą władzę kochania, pragnienia, chcenia. Jest pierwotnym pragnieniem, wyraźnie związanym z pragnieniem szczęścia.

Zagadnienie prawdziwego szczęścia jest wedle Tomasza decydujące dla właściwego ukierunkowania moralnego.

Upodobanie do dobra stanowi w człowieku rodzaj duchowej grawitacji.

Jest to pragnienie, łączące wcześniejsze znajduje się u samych źródeł nadziei

 

Pragnienie bycia we wspólnocie, w grupie, w małżeństwie, w narodzie… I pragnienie dobra. Tego dobra, które wywołuje miłość, entuzjazm, poczucie szczęścia…

Znamy doskonale te pragnienia i… wiemy też doskonale, jak bardzo zawodna okazuje się ich realizacja.

Dlaczego tak jest?

Dlaczego pragnący oddać Bogu chwałę pielgrzymi, pragnący przeżyć wspólne świętowanie Paschy – uczestniczą w zbrodni człowieka na Bogu?

Dlaczego młodzi ludzie, dla których miłość jest bardziej entuzjazmem niż zadumą, którzy zdają się być uniesieni wartkim, porywczym prądem miłości, nie są w stanie przetrwać we wspólnocie miłości, nie całego życia, ale nawet kilku lat?…

Dlaczego my jako naród, jako miejsce zrodzenia solidarności – znaku dla rozbitego świata jesteśmy dziś tak podzieleni?

 

Karol Wojtyła w swoich znanych i nieznanych zarazem analizach w Osobie i czynie portretował  dwa profile (wymiary) ludzkiej wspólnoty – wymiar odniesień międzyludzkich czy też międzyosobowych, których symbol może stanowić układ «ja – ty». I drugi wymiar odniesień, który można usymbolizować układem «my», wydaje się mieć charakter nie tyle międzyludzki, ile społeczny”.

 

Decydujące jest w obu tych wymiarach zaangażowanie w bezpośrednie odniesienie się do ludzkiej osoby, do drugiego „ja”, do „ty”.

Kard. Wojtyła odsłaniał, demaskował to, co jest fałszywym odniesieniem – konformizm i unik.

Konformizm staje się chyba coraz mniej jednoznacznym pojęciem. Dla wielu oznacza upodobnianie się osoby działającej we wspólnocie do innych. I tego przecież oczekuje się w każdej wspólnocie, od małżeństwa poczynając.

Jednak nawet i w nim, w małżeństwie, a może zwłaszcza w małżeństwie, trzeba pytać o to, co jest gotowością małżonków do wzajemnego dostosowywania się – co jednak nie oznacza wzajemnego dopasowywania się.

Konformizmu oczekuje się niekiedy, a może często w życiu społecznym. Konformizm jakoś współbrzmi z kompromisem. A kompromis dźwięczy echem tolerancji i pluralizmu.

Ale konformizm – jak zauważał Karol Wojtyła – wskazuje niekiedy na „brak zasadniczej solidarności, a równocześnie na unikanie sprzeciwu”.

Istnieje chyba bardzo cienka linia między kompromisem jako brakiem solidarności, zarazem jako brakiem sprzeciwu wobec zła a zwykłym pospolitym strachem, tchórzostwem. W Wieczerniku Bryla wspomina swoje zaparcie Piotr:

PIOTR:

Stałem i śmierdziałem

strachem. I każdy z daleka omijał

to miejsce, gdzie ja stałem.

Wtedy ta kobieta,

co mnie pytała o to, „Czyś jest Jezusowy?”,

wyszła i powiedziała: „Będą was zabijać,

uciekaj lepiej, Piotrze, nie jesteś gotowy,

żeby przy Mistrzu stanąć”.

Wyjąkałem: „Po co

pytałaś mnie?” „Z głupoty. Gdy przyszliście nocą,

myślałam, że to będzie byle przesłuchanie,

postraszą was i tyle…”

 

Istotą takiej postawy konformizmu, pokrewnego strachowi  jest bierne uleganie innym. Jest brak osobistego otwarcia oraz zaangażowania. Karol Wojtyła pisał: „Człowiek-osoba niejako godzi się na to, że wspólnota odbiera mu siebie”.

Bierne uleganie innym, godzenie się na to, że inni odbierają nam samych siebie – to nie tylko problem braku własnego zdania, to nie tylko kwestia autonomii – zagrożonej w jakimś stopniu. Człowiek, który godzi się na to, by dać siebie, swoją tożsamość odebrać – to człowiek najgłębiej wyalienowany.

Dziś taka alienacja staje się udziałem wielu – jedni nazwą to byciem lemingami, inni podążaniem za duchem czasu, za postępem, jeszcze inni byciem trendy… Niezależnie od nazwy – istota jest ta sama – w imię podszeptu innych, podszeptu nawet nie krzyku, podszeptu o sile rażenia głosu kobiety przepytującej Piotra na dziedzińcu, w imię szeptu dziennikarki, kolegi z pracy, męża, środowiska na uczelni – godzę się na to, by dać siebie odebrać sobie samemu.

Konformizm jest ucieczką od zaangażowania.

 

Jeszcze bardziej taką ucieczką jest postawa uniku. To wycofanie się, to nieobecność we wspólnocie. „Unik może stanowić jakby postawę zastępczą dla człowieka, który nie może się zdobyć na solidarność, a nie wierzy w możliwość sprzeciwu”.

Ciekawą ilustrację uniku wyraża scena Piłata, owo jego umycie rąk. Piłat nie znajduje winy w Jezusie, więcej, ma wyraźne sygnały od żony, osoby bliskiej, zaufanej, by nie wydawać krzywdzącego wyroku. Piłat nienawidzi Żydów, którzy wymuszają chytrym szantażem na nim wyrok.

Piłat usiłował Go uwolnić. Żydzi jednak zawołali: «Jeżeli Go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem Cezara. Każdy, kto się czyni królem, sprzeciwia się Cezarowi». 

Piłat nienawidzi siebie, bo przecież jest świadom swojego tchórzostwa. Jest uczestnikiem jakiejś gry zakłamania. Żydzi, którzy wyznają iż poza Cezarem nie mają króla – bluźnią, bluźnią ostentacyjnie, a zarazem jawnie kłamią. Nie wierzą w to, co mówią, nie utożsamiają się ze swoimi słowami. Okłamują siebie i okłamują Piłata. A on przyjmuje to kłamstwo za prawdę, za dobrą monetę.

Żydzi kłamią, bo chcą może wygrać prawdę, prawdę korzystną dla ich racji stanu. Piłat kłamie, bo ponad prawdę ceni swój interes, swoją pozycję.

Nie chce jednak świadomie i dobrowolnie wyrażać kłamstwa – nie chce stwierdzić – Nazarejczyk winien jest śmierci. Stosuje unik: Nie jestem winien krwi tego Sprawiedliwego…

 

Czy unik rzeczywiście zwalnia od odpowiedzialności? Od winy?

Jego zanurzone w misie ręce wyznaczają kierunek ucieczki, ukrycia się pod maską pozorów, wycofania się od odpowiedzialności. Ta ucieczka która przebiega przez obszar sumienia, jednocześnie tworzy jakby «postaw zastępczych», teatr gestów, po to, by uniknąć otwartego i autentycznego kontaktu – dialogu, konfrontacji – z drugim. U podstaw tych zachowań i postaw leży po prostu fałsz.

 

Drodzy,

Na drodze krzyżowej Jezusa stają ludzie ze swoimi pragnieniami – pragnieniem bycia we wspólnocie, pragnieniem dobra, które ma być na miarę ich szczęścia

Zwykłe naturalne ludzkie pragnienia, oczekiwania…

Wydaje się, że wszystko jest, by te oczekiwania stały się faktem, spełnieniem.

Jest doświadczenie społeczności, jest doświadczenie pragnienia dobra, jest coś, co można nazwać wspólnotą działania. Są cele, do których ta wspólnota dąży.

Ale zamiast realizacji dobra – dokonuje się zabicie Boga. Jak to jest możliwe?

Karol Wojtyła wyjaśniał ten problem ogólny i zasadniczy wskazując:

„Chodzi o to, czy człowiek, będąc członkiem wspólnoty działania[…] poprzez działanie to spełnia prawdziwe czyny i w czynach tych spełnia siebie. O tym bowiem stanowi uczestnictwo”.

Dramat działania to dramat sumień.

Karol Wojtyła pisał:

moment uczestnictwa tkwi m.in. w wyborze: człowiek wybiera to, co wybierają inni, albo nawet wybiera dlatego, że inni wybierają – a równocześnie wybiera to jako dobro własne i cel własnego dążenia. To, co wówczas wybiera, jest dobrem własnym w tym znaczeniu, że człowiek jako osoba spełnia w nim siebie.

Czasem jednak, a nawet często – człowiek musi/powinien wybierać wbrew innym.

Pisał Karol Wojtyła w swoim poemacie „Myśląc Ojczyzna”:

  • Historia warstwą wydarzeń powleka zmagania sumień. W warstwie tej drgają zwycięstwa i upadki. Historia ich nie pokrywa, lecz uwydatnia…
  • Czyż może historia popłynąć przeciw prądowi sumień?

A potem jako papież ma polskiej ziemi, cytując siebie jako poetę dodawał: Za jaką cenę może?

Wybór – z pomocą innych, czy też wybór wbrew innym, mocą prawego sumienia ma wyzwolić nas z konformizmu i uniku, ma prowadzić nas do uczestnictwa.

Uczestnictwo – jak tłumaczył Karol Wojtyła domaga się troski o dobro wspólne, wzięcia za nie odpowiedzialności/

Kryzys naszej epoki to brak uczestnictwa, to niezdolność w wielu wypadkach do działania na rzecz dobra wspólnego

Jan Paweł II bardzo zdecydowanie przeciwstawiał etos indywidualizmu, który kieruje się tym, co dla mnie użyteczne, korzystne –  etosowi personalizmu, który na pierwszy miejscu nie stawia tego, co dla mnie opłacalne i korzystne, ale stawia to, co jest dobre dla drugiego – chce być darem dla drugiego.

 

Cała Pasja – wydarzenia drogi krzyżowej i męki Jezusa to ogromna konfrontacja tych etosów. Po jednej stronie indywidualizm, który nakazuje dostosować się do głosu kobiety służącej u ważnego decydenta, nakazuje umyć ręce by zachować fałszywe i naiwne pozory niezależności, nakazuje brać wszystko, skoro teraz my decydujemy, nawet zakrwawioną szatę…

Z drugiej strony jest bezinteresowny dar z siebie – naprzód samego Boga Człowieka,

Ale to jest także dar z siebie milczącej ale krzyczącej obecnością Matki, to jest dar Marii Magdaleny, która bardzo umiłowała…

To jest dar, którego dziś tak bardzo potrzebujemy,

Który jest w stanie zaspokoić nasze oczekiwania.

WPon10.04

  1. prof. Paweł Bortkiewicz, TChr.
    duszpasterz AKO Poznań